![]() |
fot. Robert Mróz |
Dotyk...
to już zupełnie inna kwestia. Zazwyczaj nie lubię niczego ani nikogo dotykać,
poza bliskimi mi ludźmi oraz
przedmiotami. Książka stanowi dla mnie taką właśnie rzecz, której muszę
dotknąć. Nie chcę, ale właśnie muszę. Zanim zacznę czytać, odprawiam rytuał
zapoznawania się z dziełem, tak jakbym chciała wybadać jego charakter.
Zazwyczaj wolę księgi stare od nowych, matowe i chropowate od błyszczących i śliskich,
popisane przez tych, którzy czytali je wcześniej od czystych i niemalże
nienaruszonych. Śliskie – co za słowo? Nieładne, nie ma wsobie melodii, zawiera
natomiast podstępną niemożność zatrzymania czegokolwiek. Wszystko się po nim
przesuwa i umyka w pośpiechu, czyli ześlizguje, tak jakby nic nie było ważne i
warte utrwalenia. Nie lubię, gdy w ten sposób uciekają myśli i słowa. Takie książki wydają mi się nieważne, bo nie
dochowują wierności idei, dla której powstały. Przecież istota książki polega na
zatrzymywaniu, pilnowaniu, aby słowa pozostawały na miejscu, zatem jeśli mogą
się wyśliznąć ( zabrzmiało nieco dźwięczniej), to bardzo źle – zabrakło ram.
Książka
nie może być zbyt nowa, zwłaszcza jeśli zawiera stare wnętrze. Przecież nie
czyta się jej wyłącznie dla treści pochodzących od autora. Owszem, są one
najważniejsze, ale mnie osobiście ogromnie ciekawi wymiana myśli między
pisarzem i czytelnikiem, a nawet kilkoma
czytelnikami. Wertowałam kiedyś bardzo stare wydanie Lalki tak szczelnie wypełnione
zapiskami różnych osób o odmiennej wrażliwości i niejednakowych kompetencjach
odbiorczych oraz światopoglądach, że nie mogłam wyjść ze zdziwienia, jak
ciekawie, dziwnie, mądrze i głupio jednocześnie można interpretować pewne
treści, jak różnie odbierać jasne, wydawałoby się przesłania. Druk ledwie się
przebijał przez warstwy ołówkowych zapisków, chcąc zatem kontynuować lekturę,
musiałam sięgnąć po drugi egzemplarz powieści, a chciałam bardzo, ponieważ ta
powieść niezmiennie mnie fascynuje od pierwszego czytania. Muszę jednak
przyznać, że wspomniane notatki, nie tylko na marginesach, wciągnęły mnie wtedy
równie silnie. Słowo daję, że gdybym znalazła trochę wolnego miejsca,
dopisałabym coś od siebie, ale niestety, każdy skrawek wszyskich stronic był
już zajęty. Przyszła mi wówczas do głowy myśl, że można by spróbować
zainteresować tą wersją powieści jakiegoś wydawcę, ale ciocia, której była
własnością, nie chciała się z nią rozstać. Pewnie nie miała do mnie zaufania, a
po jej śmierci kuzyni powiedzieli, że nie wiedzą gdzie ona jest ( książka, nie
ciocia). Szkoda, pomyślałam, ale teraz uważam, że właściwie dobrze, iż tak się
stało. Może czytają?
W
każdym razie po tym doświadczeniu mówienie: Szanuj książkę! Nie pisz po niej!
Nie zaginaj rogów!, straciło dla mnie sens.
Książka
musi być piękna. Wprawdzie to nie dziewczyna, która im młodsza, tym
śliczniejsza, więc jej piękno na czymś innym polega. Stare egemplarze są
pociągające z racji swojego doświadczenia, licznych kontaktów z ludźmi, emocji,
które wyzwoliły i przemyśleń, które wchłonęły. Emanują urokiem późnego letniego
popołudnia – pory nieśpiesznej, nieco rozleniwionej, ale jednocześnie nasyconej
kolorami i zmysłami. Są niczym świadoma siebie dojrzałość: gustowna, odrobinę
tajemnicza i spokojna. Często kryją w sobie niezwykłe ilustracje, a o ich powierzchowność starannie
zadbano, dzięki czemu zachowały swoją urodę, opierając się czasowi.Nowe książki, niestety, rzadko bywają piękne w ten sposób. Nic dziwnego, skoro ich przeznaczenie uległo zmianie. Wszechobecny pośpiech wkradł się także i w te rejony, z których, wydawałoby się, zostanie zdecydowanie oddalony. Książka, która ze swej istoty powinna być bezcenna, pachnieć głęboką ciekawością i zniechęcać do wszelkiej powierzchowności, zapragnęła dostać się w ręce ludzi permanentnie biegnących, czytających na przystanku, w pociągu, w poczekalni. Na czas, wciąż szybciej i szybciej. Nic więc dziwnego, że zmieniła charakter, odrzucając konwencję eleganckiej damy na rzecz nowej roli – kobiety pracującej. Zaraz, zaraz – powie oburzony czytelnik – czy kobiety pracujące nie są piękne? Ależ naturalnie, że są, ale nie można porównać piękna szybkości, wielości zadań i ciągłej pracy z urodą spaceru, spokoju, uporządkowania i rozdziału czasu pracy od chwil przeznaczonych na odpoczynek. Dlatego moja skłonność podąża ku tym rodzajom piękna, które odrywają nas od zwyczajnych zadań, codziennych obowiązków i szarości życia, oferując inne jego jakości tym, którzy je wybiorą.
Zuzanna Mróz
DKK
Bolesławiec