poniedziałek, 27 lipca 2015

Tuwim w roli głównej

Dnia 11 czerwca br. odbyło się kolejne spotkanie dyskusyjne mieszkańców DPS. Spotkanie składało się z 2 części. Pierwsza część została poświęcana twórczości poetyckiej Juliana Tuwima. Biografię poety przybliżył nam Pan Piotr, ja przybliżyłam kilka bardzo interesujących ciekawostek z lat dziecięcych. Recytowaliśmy nawet wiersze Tuwima i te bardziej znane i te już zapomniane.  Pani Krysia - „Bambo”, P. Karina - „Abecadło”, P. Tereska wręcz wyśpiewała – „Ptasie Radio”. Panie Basia i Grażynka ruszyły w bieg - „Lokomotywę”. Na koniec salwami śmiechu zakończyła się recytacja wiersza przypisanego Julianowi Tuwimowi „Ballada o pierdzeniu”  w wykonaniu  P. Doroty pracownika tejże instytucji. Część drugą spotkania poprowadził P. Michał przygotowując pogadankę o samotnych żeglarzach. Narrator w bardzo ciekawy sposób opowiadał o życiu i podróżnikach : Tadeusza Baranowskiego, Leonidy Teligi i Krystyny Chojnowskiej –Liskiewicz. Barwne opowieści o żeglarzach spowodowały, że uczestnicy przenieśli się w magiczny świat żeglugi wspominając swoje dzieciństwo i przeżyte przygody.

Monika Cieśla
moderator DKK „Dyskusyjka” w Miliczu



piątek, 24 lipca 2015

Razem zawsze lepiej czyli VI Łgarska Noc Świętojańska

Od sześciu lat czerwcowe spotkanie Dyskusyjego Klubu Książki Łgarz jest związane ze szczególnym dniem -  Nocą Świętojańską. Nie zawsze możemy spotkać się 23 czerwca ale w tym roku byłyśmy blisko. Nasza, szósta z kolei, Łgarska Noc Świętojańska odbyła się 24 czerwca.
Tegorocznym motywem Nocy były złote myśli na temat czytania, książek i literatury. Stąd obowiązywał odpowiedni strój, czyli koszulka z hasłem - wykonanym dowolną techniką - promującym DKK ŁGARZ.
Tradycyjnie nasze spotkanie rozpoczeliśmy od wyplatania świętojańskich wianków. Na stoliku czekały wcześniej już zebrane z polnych dróg i ogrodów kwiaty oraz zioła. Aromat róż, maków i chabrów mieszał się z zapachem lawendy, mięty a nawet tymianku. Wykonanie pięknych ozdób naszych głów nie trwało długo - po tych sześciu latach mamy już dużą wprawę.
A potem odbyła się sesja fotograficzna z prezentacją strojów, a po niej uczta i festiwal złotych myśli. Motta i cytaty były bardzo różne, żadne z nich się nie powtórzyło. Okazało się, że Łgarzom bardzo spodobały się hasła: „Razem zawsze lepiej”, „Dom bez książki jest jak plaża bez słońca” i „Literatura jest najlepszą zabawką, jaką  wymyślono, żeby drwić z człowieka”. Jednak gdyby istniało Łgarskie Grand Prix, to otrzymałoby je, jednogłośnie, hasło Eli: „DKK Łgarz zgrają oczytanych ofiar literatury”.



Po prezentacji koszulek, awersu i rewersu, oddałyśmy się dyskusji na temat czerwcowej lektury - „Razem będzie lepiej” Jojo Moyes. O perypetiach bohaterów, o ich walce z przeciwnościami losu, znakomicie opowiedziała nam Lucyna, która też napisała blurba, czyli krótką rekomendację polecającą utwór:
„Czy sekretem szczęśliwego życia jest krótka pamięć? Czy samotna matka wychowująca uzdolnioną córkę i ekscentrycznego syna, który nie jest jej synem i bogaty programista mogą być razem? Autorka zapewnia, że happy end jest możliwy. To książka dobra na pochmurne dni, słoneczne dni, zimne i ciepłe, trudne i łatwe, na klimakterium i zabieganie”. Dodajmy, że ta rekomendacja - wraz z innymi napisanymi przez naszych klubowiczów - została przesłana na konkurs do Instytutu Książki. Główną nagrodą w tym konkursie jest zamieszczenie zwycięskiego blurba w następnej książce  Jojo Moyes. Za naszych recenzentów trzymamy kciuki i niech moc Łgarza będzie z nimi!
Aby tradycji stało się zadość, około północy wyruszyłyśmy z zapalonymi pochodniami nad rzekę Skorę, na Wyścig Wianków o Północy. Tym razem start był na moście. Na gromkie „Raz, dwa, trzy”, rzuciłyśmy w ciemne odmęty wody swoje świętojańskie wianki. Początkowo trudno było wyłonić zwycięzcę, wszystkie płynęły kwiatek w kwiatek. Ale potem na prowadzenie wysunął się wianek Krystyny i to ona została zwycięzcą tegorocznego Wyścigu, i otrzymała specjalną nagrodę.



Tej Nocy działy się jeszcze i inne niezwykłe rzeczy. A i dla naszych czytelników coś z tego  zostało. Jeden z Łgarzy na ucztę przygotował pyszną bezę, ale nie chciał podać pełnej receptury. Próbowaliśmy odgadnąć - nie udało się, ale jeśli ktoś z czytelników chciałby spróbować swoich sił, to beza została przyrządzona z cukru, barwnika i tajemniczego trzeciego składnika X. Czym jest X? Na odpowiedzi czekamy do końca lipca, należy je przesłać na adres: chantu@wp.pl. Wśród autorów prawidłowych odpowiedzi wylosujemy nagrodę – niespodziankę.


Wakacje to czas słońca, błękitnego nieba, ciepłego morza oraz wspaniałych letnich lektur. Tego życzymy wszystkim. I zapraszamy tych, którzy lubią czytać i chcieliby zostać Łgarzami na nasze wrześniowe spotkanie.
Z łgarskim pozdrowieniem – Ahoj!

Anna Kopyra
moderator DKK ŁGARZ i MDKK
przy MBP Chojnów


P.S. Jeśli po przeczytaniu tego tekstu ktoś będzie miał jakiekolwiek wątpliwości, odsyłamy do Słownika Języka Polskiego - hasło: łgarz. Możemy tylko podpowiedzieć, że zawarta tam informacja, to szczera prawda.

wtorek, 14 lipca 2015

Było, minęło, czyli w jaki sposób przeszłość wpływa na nasze życie

Zdarza mi się, ostatnio coraz częściej, rozmyślać o roli pamięci w życiu moim i innych? Czy można mówić o obiektywnym zapamiętywaniu wydarzeń, sytuacji, ludzi i ich zachowań? Jeżeli tak, to dlaczego w umysłach wielu osób te same fakty zapisują się inaczej? Wystarczy zapytać kilku świadków wypadku drogowego, co widzieli, aby przekonać się, że obserwując to samo zajście, zrelacjonują je w zupełnie różny sposób.
Drugą głęboko nurtującą mnie sprawę stanowi związek między pamięcią i tożsamością człowieka, a dokładniej rzecz ujmując, rozmyślam, czy sposób, w jaki nosimy w sobie wydarzenia z przeszłości, ma wpływ na to, jacy jesteśmy obecnie. Poszukując wyjaśnienia, wróciłam do Freuda, przeczytałam książkę Ewy Woydyłło „Dobra pamięć, zła pamięć”, a także papieską encyklikę”Pamięć i tożsamość”. Dogłębna lektura wymienionych wyżej pozycji pomogła mi utwierdzić się w tym, co wyraźnie przeczuwałam wcześniej. Tak, nasz  osobisty sposób zapamiętywania wczorajszych wydarzeń z naszego życia buduje indywidualność każdego z nas, decydując o jakości relacji z bliższym i dalszym otoczeniem.



Bohaterka powieści Patricka Modiano „Perełka” – bardzo młoda dziewczyna – całą swoją przeszłość zapamiętała źle. Czytelnik odnosi wrażenie, że w jej minionym życiu nie wydarzyło się nic ciepłego, w związku z czym nie przechowała we wspomnieniach ani jednej warstewki miękkiej materii, którą mogłaby się otulić w chwilach rozpaczy, co mogłoby ochronić ją przed ostatecznym załamaniem. Perełka nie umie odnaleźć w swojej egzystencji sensu, nie potrafi do nikogo się zbliżyć, nie mówiąc już o nawiązaniu przyjaźni czy chociążby znalezieniu chwili spokoju. Jest permanentnie zalękniona, nerwowa i niezorganizowana. Po prostu kopczyk nieszczęść. Co prawda, w jej udręczone istnienie wkradnie się nikły promyk nadziei, ale czy poprowadzi on ją w dobrym kierunku i czy jego moc przyniesie oparcie, dające możliwość przetrwania w świecie odczuwanym przez dziewczynę jako jedno wielkie zagrożenie? Tego oczywiście nie wiadomo, ale uważam taki optymizm za przedwczesny.


Prawdę mówiąc, odnoszę wrażenie, że zamysł kompozycyjny pisarza polega na dostarczaniu odbiorcom coraz większych dawek niewiedzy. Autor ilustruje powszechnie znaną ale chyba nie do końca uświadamianą sobie przez nas prawdę psychologiczną, która mówi, że zdobycie o człowieku wiedzy pewnej i niebudzacej wątpliwości to zadanie nie tyle karkołomne, co po prostu niemożliwe do wykonania. Każda odpowiedź rodzi nowe pytanie i proces ten powtarza się bez końca.


Modiano stworzył powieść skrajnie minimalistyczną, oszczędną w słowach, w której ogrom problemów narasta z każdym kolejnym zdaniem. Pisarz świadomie komplikuje wątki, podkreśla wszystkie niespójności w relacjach bohaterów, ukazując gąszcz, z którego chyba nie ma wyjścia.


Podsumowując, stwierdzam, że mnie osobiście ten pomysł penetrowania ukrytych zakamarów ludzkiej psychiki niezbyt odpowiada. Dlaczego? Chyba z powodu języka. Myślę, że o trudnych problemach nie można mówić zbyt jasno w obawie przed ich uproszczeniem. Nie mogę jednakże nie zauważyć dużego taktu pisarza oraz delikatności, z jaką podchodzi do najczulszych i najmroczniejszych obszarów naszej świadomości i nieświadomości. Trudno mi się oprzeć wrażeniu, że, być może, pragnie w ten sposób zwrócić czytelnikowi uwagę na powszechnie panującą konwencję mówienia o innych pełną jednoznacznych ocen, ortodoksyjnych sądów i bezrefleksyjnych, ale jakże zdecydowanie wyrażanych przekonań. Ciekawe, czy moje  odczucia zawierają w sobie ziarno słuszności ?

Zuzanna Mróz
klubowiczka z DKK w Bolesławcu

fot. Ewa Rosińska

poniedziałek, 13 lipca 2015

Czy Bóg umarł?

Holocaust, ludobójstwo, zagłada to problemy tak często poruszane przez współczesnych pisarzy, historyków i dokumentalistów, iż mogłoby się wydawać, że kolejna książka na ten temat niczym nie zaskoczy zainteresowanego wspomnianą problematyką czytelnika. No bo cóż jeszcze można dodać do reportaży Hanny Krall, opowiadań Idy Fink, Malowanego ptaka Jerzego Kosińskiego czy Medalionów Zofii Nałkowskiej? A jednak okazuje się, że można i to jak! Trzeba tylko mieć błyskotliwy koncept i wymyślić formę dla przekazania znanych treści. Należy także umieć zabawić się tą formą ( określenie jak najbardziej właściwe) tak, aby wciągnąć odbiorcę do gry, z której, mimo narastającej grozy, przerażenia i obrzydzenia zarazem, nie będzie chciał wyjść, lecz, na własne życzenie, pozostanie w niej i dotrwa do końca, choćby konsekwencje tej decyzji miały go zgnieść.

Jachym Topol – czeski pisarz średniego pokolenia - jest perfekcjonistą w kreowaniu literackiego teatru grozy. Litość (dla czytających) jest mu obca, okrucieństwo i dosadność w ukazywaniu ludzkiej pychy i braku skrupułów tam, gdzie chodzi o pieniądze i sławę, nie zna granic, a jednak powieść Warsztat diabła (tytuł jak z bajki!) w żadnym fragmencie nie ociera się o tanią sensację i banał. Groteskowa opowieść rozwijana przez młodego, niewykształconego i pewnie dlatego tak prostolinijnego człowieka, który chyba nie do końca ma świadomość, o czym mówi, tworzy klimat groźny i śmieszny zarazem. Groźny, bo robienie biznesu na zagładzie nie jest czynem, z którym nasza świadomość może się zmierzyć bez oporów. Wręcz przeciwnie – oburzamy się i potępiamy każdego, kto ośmieli się  spokojnie przyjąć do wiadomości fakt, że ktokolwiek wzbogacił się na ofiarach ludobójstwa (wystarczy przypomnieć histeryczne reakcje na pracę Jana Tomasza Grossa Złote żniwa). Śmieszny właśnie dlatego, że narratorem jest człowiek niewykształcony, który w rzeczowy i pozbawiony dystansu sposób snuje opowieść o tym, jak z miejsca pamięci, jakim niewątpliwie jest dawny niemiecki obóz zagłady w czeskim Terezinie, stworzono ośrodek biznesu i rozrywki o międzynarodowej renomie.

Omawiana formuła utrzymuje się właściwie w pierwszej części utworu, której akcja rozgrywa się w Czechach, bowiem w części drugiej, kiedy miejscem wydarzeń staje się Białoruś, czuć już tylko grozę. Coraz trudniej wytrzymać, coraz ciężej oddychać. Połączenie człowieczej podłości, chciwości i braku elementarnych ludzkich odruchów mówią nam, że oto koniec świata nastąpił.  Apokalipsa staje się już, a żadne gromy nie nadchodzą. W tym świecie Boga nie ma, bo albo oniemiał, albo umarł, widząc, do czego zdolny jest ten, którego stworzył na swój obraz i podobieństwo.

Z każdym zdaniem opowieść zagęszcza się, ciemność, zaduch i brzydota osaczają, nie pozwalając przeniknąć choćby najskromniejszemu promykowi nadziei. Atmosfera robi się ciężka, oniryczna, oddzielenie jawy od sennego koszmaru staje się niemożliwością. A kiedy wreszcie następuje, długo oczekiwany, koniec gry, czytelnik spada na dół wraz z bohaterami. Upadek to ciężki i bolesny. Siniaki i zwichnięcia nieprędko się zagoją i prawdopodobnie niejednego z nas dopadnie bezsenność  (ze strachu przed ewentualnością powrotu do „zabawy”, do której zaprosił nas przewrotny Czech). Myślę, że to dobrze, bo mimo iż bezsenność sama w sobie jest nieznośnie uciążliwa, ma również nieco mniej złe oblicze (wiem o tym na pewno, ponieważ dane mi go było doświadczyć). Zmusza na przykład do przemyśleń o wartości i sensie kultury, każe przewartościować pojęcia kultura wysoka i kultura masowa. Czy w ogóle można je jeszcze rozdzielić? Czy w świecie, w którym żyjemy, możliwe jest rozdzielenie pojęć jasność i ciemność, piękno i brzydota, wartościowe i byle jakie, rozumne i głupie?

Według mnie omawiana książka właśnie o tym mówi, stając się tym samym ostrzeżeniem przed rzeczywistością, w której zanikną wartości, zabraknie nienaruszalnego podziału między sferą dobra i zła oraz wolności i rozpasania. Bez jasnego systemu wartości człowiek stanie się istotą techniczną, bezosobową: homo faber, homo economicus, homo sovieticus, przestanie natomiast być jednostką wrażliwą, czującą.
Myślę, że groteskowa powieść Topola odkrywa przed nami  wyrafinowaną refleksję na temat aroganckiego humanizmu współczesnych ludzi oraz jego przerażających, lecz wysoce realistycznych konsekwencji. Oby nie dane nam było ich doświadczyć.

Zuzanna Mróz
klubowiczka z DKK w Bolesławcu

piątek, 10 lipca 2015

Ciotka Julia i Skryba - popis nieskrępowanej fantazji Llosy

Zanim spróbuję zrecenzować, najlepiej jak potrafię, powieść „Ciotka Julia i Skryba” Mario Vargasa Llosy zacznę od wyjaśnienia, że mimo iż jestem fanem kina, nie było mi dane obejrzeć powstałej w 1990 roku ekranizacji książki, której dotyczy niniejszy tekst. Może i dobrze się stało, bo o ile byłbym w stanie ewentualnie przeżyć w kluczowej roli matriksowego Neo; Keanu Reevesa i prawdopodobnie chętnie obejrzałbym w ważnej choć drugoplanowej roli samego Porucznika Kolombo (oczywiście Peter Falk) to w żaden sposób nie potrafię sobie wyobrazić przeniesienia akcji tej tak bardzo „latyno” powieści z Ameryki Południowej do Północnej, a konkretnie do Stanów Zjednoczonych tego kontynentu. To musi być totalne nieporozumienie!

Wróćmy jednak do słowa drukowanego i poznajmy najważniejsze postacie naszej lektury. Na początek jeden z duetów tak zwanego dalszego planu – Genarowie, czyli właściciele rozgłośni radiowej, w której pracuje, a raczej... stara się pracować główny bohater. Stara się, no bo czy można na poważnie zajmować się „wyławianiem i poddawaniem lekkim zabiegom kosmetycznym interesujących wiadomości z codziennej prasy” gdy wokół ma miejsce tyle arcyciekawych zdarzeń?! Obok wymienionych braci trafiamy na ulicy Belen w Limie na inne... kurioza. Na przykład niejaki Pascual, którego ulubionym zajęciem jest wyszukiwanie i umieszczanie w serwisie informacyjnym możliwie największej ilości, najbardziej sensacyjnych, a co najważniejsze; krwawych i katastroficznych newsów. Jednak zdecydowanie ważniejszą, pod każdym względem, i także super ekscentryczną postacią jest tytułowy skryba - Pedro Camacho. Oj, udało się to... indywiduum jego twórcy. Przyznam, że dawno nie znalazłem w literaturze takiego nagromadzenia wszelkich możliwych dziwactw w jednej osobie. I co zastanawiające, mimo wszystko szalony autor zakręconych „radio-nowel” wzbudził moją sympatię i spore zainteresowanie. Poza sprawami zawodowymi (wymieniłem zaledwie szefostwo, oraz dwójkę z całej plejady interesujących współpracowników naszego bohatera) równie istotne w powieści są jego układy rodzinne. Pominę przebywających poza granicami rodziców i w skrócie zaprezentuję krewnych zamieszkałych we wspomnianej Limie, wśród których obok licznych ciotek (np. Laury, Hortensji czy Gaby), wujów (np. Lucho lub Pankracy) oraz „dziadków”, z pewnością do najistotniejszych krewniaczek należy kuzynka Nancy. Jej charakterystyczna szczupłość oraz inne niezaprzeczalne plusy wzbudzają płomienne (i nieodwzajemnione niestety) uczucia kolejnej postaci, już nie związanej koneksjami rodzinnymi z głównym bohaterem. Jednak Javier, bo o nim mowa, to autentyczny przyjaciel, o którym należy z pewnością wspomnieć. Pozostała już więc tylko jedna osoba do przedstawienia; to tytułowa (obok wspomnianego skryby) o kilkanaście lat starsza od naszego zucha, ledwo co rozwiedziona i dopiero co przybyła do stolicy Peru; Ciotka Julia. Kończąc tą skróconą listę, muszę jeszcze oczywiście wrócić do wspominanego już parokrotnie głównego bohatera. Nazywa się Mario Varguitas, jest studentem, a poznajemy go w wieku, który daje mu uprawnienia do starania się o dowód osobisty. Przynajmniej w kraju nad Wisłą.

W tym właśnie miejscu zmagam się z pewnym dylematem. Otóż, jeśli jeszcze choć w niewielkim stopniu zdradzę dalej o czym jest ta książka, to bezpowrotnie zabiorę Państwu przyjemność samodzielnego odkrycia jej tajemnicy. Intrygującej i niebanalnej tajemnicy. Może więc najlepszym sposobem zachęty, bez wchodzenia w szczegóły, będzie jedynie ogólne oddanie specyficznego klimatu, wielowątkowego dzieła Mario Vargasa Lllosy. Z pewnością jest to lektura dla wszystkich posiadających słabość do kultury południa, a konkretnie do kultury krajów, w których dominuje język hiszpański i wszelkie jego pochodne, gdyż czterysta stron twórczości niedoszłego prezydenta Peru (tak, tak) przepełnione jest duchem tego charakterystycznego regionu. Nawet jeśli jest to obraz nieco podkolorowany, to kapitalnie przedstawia przebogaty kalejdoskop intrygujących mieszkańców Ameryki Południowej. Uprzedzam; mnogość opisów może nawet miejscami przytłaczać, ale (proszę mi uwierzyć na „pisane” słowo) po dobrnięciu do zakończenia, nagle... zaczyna nam czegoś brakować. Bierze się to głównie z niebywałej umiejętności autora, który malutkimi kroczkami wprowadza nas w życie, problemy i radości Maria, jego znajomych, współpracowników i rodziny. Szczerze podziwiać należy kunszt twórcy w powoływaniu do życia krótkich, ale spójnych historyjek, z których każda z osobna, z powodzeniem mogłaby stanowić kanwę osobnego tomiku. „Ciotka...” to także pozbawiona banalności, podana ze smakiem historia, jakże często spotykanego również w naszej literaturze (np. „Madame” Antoniego Libery) uczucia chłopca do sporo starszej, a dodatkowo spokrewnionej z nim kobiety. Ta „trudna” miłość nie jest w tej książce, co chwalebne, sprowadzona jedynie do tak nośnego pierwiastka fizyczności. Osobiście nie mam nic przeciwko erotyce, jednak obawiam się, że wprowadzenie tego wątku spłyciłoby raczej koncepcję powieści Llossy. Ostatni motyw książki Peruwiańczyka z hiszpańskim obywatelstwem, któremu chciałbym poświęcić parę słów to dojrzewanie. Podobnie jak miłość, także ten aspekt przebiega w powieści nietypowo, gdyż Mario poniekąd na swoje własne życzenie zmuszony jest do ekspresowego niemalże przejścia z wieku młodzieńczego (lub wręcz dzieciństwa) w dorosłość. Jak mu się to udaje, jak radzi sobie z własnymi próbami literackimi, jak rozkwita i czy kończy się romans z „cioteczką”, a także jak rozwija się specyficzna przyjaźń z równie osobliwym, co popularnym pisarzem Camacho oraz całe mnóstwo innych, wspaniale opowiedzianych historyjek znajdziecie Państwo w dziele (może nie wybitnym, ale z pewnością zajmującym) człowieka, którego ojciec onegdaj wysłał do szkoły wojskowej, chcąc w ten sposób ostudzić jego pisarskie zapędy. Zamiar ten nie udało mu się zupełnie, o czym można się przekonać czytając chociażby „Ciotkę Julię i Skrybę”, która jest przede wszystkim popisem nieskrępowanej fantazji Llosy. Pisarz, wiele lat temu stwierdził iż „Bez fantazji życie byłoby rutyną, zamknęlibyśmy się w przeciętności, sprowadzilibyśmy egzystencję do zwierzęcych instynktów. Fantazja to paliwo dla naszych marzeń”. Nic dodać, nic ująć.

P.S. Jako ciekawe uzupełnienie lektury polecam twórczość argentyńskiego pieśniarza Facundo Cabrala, który bez najmniejszych problemów mógłby stać się kolejną postacią w opisanej powieści.

Arkadiusz Kowalski
klubowicz z DKK w Bolesławcu

czwartek, 9 lipca 2015

Snuj się, snuj, historio!

Słowo snuć budzi we mnie miłe odczucia. Wprawdzie jego słownikowa definicja nie jest szczególnie przyjazna, mówi bowiem o powolnym i długim, czyli w sumie nudnym, opowiadaniu bajki lub gawędy. Kiedy mówimy snuć się, myślimy o ślamazarnym, bezcelowym przemieszczaniu się z kąta w kąt. Ale możemy też powiedzieć, że coś snuje się nam po głowie, mając na uwadze wymyślanie czegoś, intensywną koncentrację na czymś, z czego może zrodzić się twórczy, niezwykły pomysł, który zaskoczy wszystkich.
Opowiadania Josefa Škvorecký'ego ze zbioru Historia Kukułki snują się we wszystkich powyższych znaczeniach. Spośród kilku definicji przywołanego słowa nie pasuje do nich tylko jedna: nuda, ponieważ takie z pewnością nie są. Wręcz przeciwnie – tchną zaskakującą świeżością i to wcale nie dlatego, że autor opowiada o rzeczach niezwykłych, wzbudzających sensację lub nieobyczajnych. Wręcz przeciwnie – to właśnie codzienność, zwyczajność i powszedniość życia są materią, z której wysnuwa swoje historie. Lecz, paradoksalnie, codzienność to niezwyczajna, ponieważ, czytając np. kartki z dziennika zatytułowanego historia z fotografiami, List p. Rudolfa Kratkiego, hurtownika z K. do p. Edwarda Tłustego, hurtownika z B. lub z życia dzisiejszej młodzieży, uświadamiamy sobie, że owszem, to wszystko prawda, ale jakaś taka dyskretna, nieco wstydliwa, której nie eksponujemy, mając jednocześnie świadomość,że stanowi ona istotną część naszego życia i jest dla nas ważniejsza od wszystkich oficjalnych wizerunków. Wszak na zewnątrz zawsze występujemy w masce. Inni dorabiają nam gębę i widzą nas dokładnie tak, jak chcą, a nie jak chcielibyśmy my sami. Zatem jeżeli kiedykolwiek jesteśmy sobą, ma to miejsce wyłącznie w chwilach intymnych, kiedy wydaje nam się, że nikt nas nie podgląda. A ponieważ zachowujemy się wówczas, delikatnie mówiąc, niekonwencjonalnie i często bywamy niegrzeczni, nic dziwnego, że nie chcemy się tym chwalić przed światem. Wzmiankowane wyżej opowiadania to humorystyczne kartki z pamiętnika  i list, ale charakter pozostałych jest zupełnie odmienny: od dramatycznego, niemal tragicznego (Rebeka), poprzez sensacyjny (Mała praska Mata Hari, Różowy szampan czy tytułowa Historia Kukułki), prześmiewczy (Kohn reakcjonista, Zgłoszenie wynalazku Urzędowi Patentowemu CSRS), po sarkastycznie krytyczny (Pieśń zapomnianych lat).
Wszystkie stanowią spójną całość, tworząc panoramę egzystencji zwykłych ludzi w państwie komunistycznym, ukazanej z różnych perspektyw. Każda z opowieści skupia się na jednym aspekcie życia w tym ustroju, stanowi złowrogi obrazek rodzajowy, a wszystkie razem tworzą złożony obraz funkcjonowania przedstawicieli wszystkich grup społecznych: od środowisk młodzieżowych, poprzez kupiecko – handlowe, artystyczno – prominenckie, wojskowe, aż po osoby z półświatka i marginesu społecznego oraz takie, które, ze względu na swoją odmienność, nie mają miejsca w świecie.
Tematy tych swoistych gawęd nie są szczególnie frapujące z powodu codzienności, którą każdy z nas zna, ale z tytułu  ukazania wyjątkowości warunków – wytworów systemu i absurdów z niego wynikających. Ten układ rządzi się swoimi prawami, ingeruje we wszystkie sfery życia, formuje nowego człowieka o zmienionej świadomości i minimalizuje wszystko, co ważne. Pesymizm i brak nadziei krzyczą z każdej strony.
O literaturze czeskiej zazwyczaj mówi się jako o pogodnej, rubasznej i, na swój sposób, hedonistycznej. Czechów postrzegamy jako ludzi pogodzonych z życiem, zdystansowanych, o dużym poczuciu humoru.  Być może jest to prawda, ale opowiadania Škvorecký`ego przeczą temu` mam wrażenie, stereotypowemu wizerunkowi, portretując zupełnie innych bohaterów. Jowialni i zadowoleni też się, oczywiście, pojawiają, ale w większości są to ludzie smutni i niespełnieni, którzy się dosłownie snują zamiast żyć. Natomiast sposób opowiadania o ich odczuciach zaciekawia o wiele bardziej niż oni sami. Jest bowiem ciepły, ale niesentymentalny, dosadny, a zarazem jakoś niewytłumaczalnie subtelny, niekiedy mroczny i tajemniczy, jednak bez przerysowań i tanich efektów. Styl pisarza i pół- lub nawet ćwierćuśmiech towarzyszący przekazowi powodują, że czyta się jego historie z uczuciem  przyjemnego, mimo wszystko, rozluźnienia, które towarzyszy nam zawsze w trakcie spotkania z kimś, kto nas rozumie. A kimże innym winien pozostawać dobry pisarz?

Zuzanna Mróz
klubowiczka z DKK w Bolesławcu  

środa, 8 lipca 2015

Mariusz Szczygieł w Legnicy

O tym, że reportaż powinien być jak striptiz, nie ujawniać wszystkich informacji od razu, ale powoli zmierzać do puenty, uczestnicy legnickich Klubów Książki oraz mieszkańcy naszego miasta mogli usłyszeć na spotkaniu z autorem, docenianych w Polsce i na świecie książek, Mariuszem Szczygłem 25 czerwca 2015 r.


Jak podkreślał Nasz Gość, najważniejsze w reportażu jest to, aby nie krzywdzić opisywanego. Sam autor w tym celu sięga po kłamstwo formy. Dopuszcza umówienie się z bohaterem tekstu i podzielenie jego postaci na dwie osoby. Wówczas bohater wykreowany, przejmuje to, co mogłoby rozmówcy zaszkodzić. Według pisarza, reporter nie powinien usprawiedliwiać i oceniać, ale starać się zrozumieć postać, o której pisze.
Mariusz Szczygieł dał się poznać nie tylko jako wybitny reporter, ale również wspaniały gawędziarz. Z dużym poczuciem humoru opowiadał o swoim zainteresowaniu kulturą Czech, która według pisarza jest odwrotnością kultury polskiej.


Po dwugodzinny spotkaniu fani twórczości Mariusza Szczygła mogli zakupić jego książki, zwłaszcza, że autor chętnie je podpisywał, co było okazją do zamienienia z pisarzem chociaż kilku słów. To długo oczekiwane spotkanie pozostanie na długo w pamięci klubowiczów oraz innych zwolenników stylu i formy Mariusz Szczygła.

Joanna Gelczyńska
moderator DKK w Legnicy







wtorek, 7 lipca 2015

Literatura podróżnicza w sam raz na wakacje

25 czerwca odbyło się ostatnie przed wakacjami spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki (DKK), na którym rozmawiałyśmy o naszych ulubionych książkach podróżniczych. 
Rynek wydawniczy oferuje bardzo bogatą i różnorodną literaturę tego gatunku. Obok typowych przewodników, można znaleźć m.in. ciekawe reportaże, a także barwne relacje z wypraw zarówno cenionych podróżników jaki i mniej znanych osób, które dzielą się z czytelnikami wspomnieniami ze swoich podróży w różne zakątki świata. Wychowani na książkach Aliny i Czesława Centkiewiczów, Arkadego Fiedlera, Tony’ego Halika czy Ryszarda Kapuścińskiego nadal z dużym zainteresowaniem sięgamy po tego typu literaturę. Tak jak wielu czytelników w naszym kraju, klubowiczki bielawskiego DKK również są jej entuzjastkami. Doskonale znane są nam pozycje Beaty Pawlikowskiej, Wojciecha Cejrowskiego, Jacka Pałkiewicza i wielu, wielu innych globtroterów. Natomiast naszym tegorocznym odkryciem jest książka Mai Sontag pt. „Majubaju, czyli żyrafy wychodzą z szafy”, którą jednogłośnie rekomendujemy wszystkim wielbicielom gatunku.


Spotkanie jak zawsze upłynęło w miłej atmosferze, tym bardziej, że temat spotkania był każdej uczestniczce wyjątkowo bliski, z uwagi na zbliżający się okres urlopowy. Tradycyjnie życzymy wszystkim gorącego lata z dobrą książką.

Izabela Fiedler
moderator DKK w Bielawie

czwartek, 2 lipca 2015

Terry Pratchett - przez jednych kochany, przez innych znienawidzony

Terry Pratchett był i jest autorem wzbudzającym skrajne emocje. Człowiekiem nietuzinkowym, zaskakującym i skrajnie twórczym, który pisał przez całe swoje życie i zdobył sobie milionowe rzesze czytelników, zwolenników i przeciwników.
Są tacy, którzy go kochają, są tacy którzy nienawidzą, podobno stanów pośrednich nie ma co zostało udowodnione w trakcie spotkania dyskusyjnego klubu książki, które odbyło się 28 maja w Bolesławcu. Założeniem było przybliżenie autora tym czytelnikom, którzy jeszcze się z nim nie zetknęli, ale nie było to łatwe bo jak w ciągu dwóch-trzech godzin przybliżyć komuś taki ogromny dorobek literacki?
Niemniej bardzo się wszyscy staraliśmy.



Padło wiele pytań, na które nie zdołaliśmy znaleźć zadowalających odpowiedzi. Choćby pytanie, o to, czy to co pisał Pratchett to jest fantasy, czy może jednak nie do końca? I czy ten rodzaj literatury w ogóle jest literaturą, skoro jednak nie jest to Dostojewski? Czy ten rodzaj pisarstwa może być w ogóle nazywany literaturą, skoro jest lekki i nieco prześmiewczy, a literatura powinna być czymś monumentalnym i wzniosłym? Czy książki Pratchetta to powieści dla dorosłych, które mogą być czytane przez dzieci, czy może jednak książki dla dzieci, które mogą być czytane przez dorosłych. 
Jak nietrudno się domyślić, takie postawienie sprawy wywołało dyskusję. Zwolenników autora było znacznie więcej niż przeciwników toteż dyskusja była naprawdę zażarta, ale nie doszło do rękoczynów, a jedynie do przerzucania się cytatami.
Kilka osób twierdziło, że książki Pratchetta w ogóle nie poruszają problemów ludzi dorosłych, z czym kilka innych się jednak nie zgadzało, zostało udowodnione, że z pewnością uczą tolerancji i akceptacji tego co inne, nieznane czy obce. 
Ciekawym novum było to, że dzięki pani Ewie Rosińskiej, która prowadzi bolesławiecki DKK, do naszego klubu zaczęli napływać mężczyźni, tym razem także było ich kilku, co sprawiło, że dyskusja zyskała trochę inny, bardziej wielostronny wymiar.
Świat Dysku autorstwa Terrego Pratchetta jest cyklem wielotomowym i wielowątkowym, przesyconym ogromem aluzji literackich, ale także pełnym fascynującego humoru i nietuzinkowych rozwiązań fabularnych. Trudno ten cykl porównywać do innych zjawisk literackich, bo wymyka się wszelkim klasyfikacjom i szufladkowaniu. Jest w nim mnóstwo nawiązań do literatury klasycznej, szczególnie do Szekspira, do przeróżnych światów fantasy i niesamowity w swojej wymowie obraz współczesnego nam świata w krzywym zwierciadle, co bawi, ale i zmusza do refleksji. To pozornie bajkowy świat zupełnie inny od naszego, ale jeżeli dobrze się wczytać odnajdziemy w nim sporo poważnych współczesnych problemów i zagrożeń.



Ci którzy kochają  Pratchetta potrafią po kilka razy wracać do poszczególnych tomów, ci którzy nie znoszą uważają, że czytanie tego typu książek to całkowita strata czasu. W czasie spotkania DKK, nie staraliśmy się nawzajem przekonywać, zdając sobie sprawę, że każdy inaczej podchodzi do tego co czyta. Jesteśmy różnorodną, ale bardzo tolerancyjną grupą ludzi w rożnym wieku i o rożnych poglądach, ale jednej, wspólnej pasji, tą pasją jest czytanie.
Wynik spotkania był jednak bardzo ciekawy, bo nawet osoby, które autora dotąd nie znały i uważały, że nie jest to coś co mogłoby im się spodobać, stwierdziły, że postarają się przeczytać jedną czy drugą jego powieść ot choćby tylko po to, żeby wiedzieć, co to jest i żeby niczego nie odrzucać a priori.
Samo spotkanie było jak zwykle niesamowicie ciekawe, bo jest to spotkanie grupy osób, które nawet jeżeli się różnią, to różnią się kulturalnie i bywają bardzo twórcze, jedna osoba, która była na spotkaniu po raz pierwszy zapytała nawet po wyjściu, jaka książka będzie tematem następnego spotkania, bo chciałaby znów przyjść i włączyć się do rozmowy. Cóż, nam zdarza się przychodzić nawet wtedy, kiedy czas nie pozwala na przeczytanie danej książki, bo na spotkaniu można się dużo dowiedzieć, a same spotkania są po prostu bardzo inspirujące.

Iwona Banach
klubowiczka z DKK w Bolesławcu

środa, 1 lipca 2015

„Śladami kultury” – wyprawa do powiatu

Ostatnie spotkanie (przed wakacjami) piławscy uczestnicy DKK postanowili spędzić w powiecie, a celem wyprawy były placówki kulturalne: Dzierżoniowski Ośrodek Kultury, Miejsko-Powiatowa Biblioteka Publiczna, Muzeum Miejskie.
Pierwsze kroki po wyjściu z autobusu skierowaliśmy do Dzierżoniowskiego Ośrodka Kultury, który w ostatnich latach dzięki projektom unijnym bardzo się rozbudował. W drzwiach ośrodka przywitała nas bardzo serdecznie instruktorka Kinga Zych, która była naszym przewodnikiem po obiekcie. Z zainteresowaniem wysłuchaliśmy informacji o działalności ośrodka, pracowniach, sekcjach, zespołach. W „Galerii na piętrze” obejrzeliśmy ciekawe prace Pyrak nie jedno ma imię, wystawa prezentuje prace całej rodziny  i można na niej podziwiać tkaniny artystyczne, gobeliny, formy przestrzenne i użytkowe, rysunek, malarstwo, rzeżbę. Polecamy.

Dzierżoniowski Ośrodek Kultury

Ograniczeni czasem szybkim krokiem wyruszyliśmy w dalszą drogę, tym razem miejscem docelowym była Miejsko-Powiatowa Biblioteka Publiczna, gdzie „na progu” przywitała nas „chlebem i solą dyrektor biblioteki pani Jadwiga Horanin. Nie wszyscy z nas byli w bibliotece po nowym dizajnie, największe wrażenie wywarła na nas „Sala dzierżoniowska” a w niej fototapety i obrazy dzierżoniowskich zabytków. Nowe regały biblioteczne, nowe oświetlenie, podłogi, krzesła, stoliki dla czytelników i kwota jaką biblioteka przeznacza na zakup nowości  to wszystko wzbudziło w nas lekką zazdrość. Na osłodę zostaliśmy poczęstowani słodkimi ciastkami i pyszną kawą. Dziękujemy!


Miejsko-Powiatowa Biblioteka Publiczna w Dzierżoniowie

Ostatnim etapem wyprawy było Muzeum Miejskie. Największym zainteresowaniem z naszej strony cieszyła się wystawa Turystyka w Górach Sowich, ale najbardziej emocjonalną była dla niektórych z nas, wystawa Zakłady Radiowe Diora, wróciły wspomnienia a dla kilku pań było to ich miejsce pracy (łezka popłynęła).

Muzeum Miejskie

Dyskusyjny Klub Książki w Piławie Górnej bardzo dziękuje dyrektorem placówek, DOK panu Krzysztofowi Tokarskiemu, MPBP pani Jadwidze Horanin i panu Marcinowi Szyjce za miłe i serdeczne przyjęcie.
Wszędzie było super, już planujemy nowe wyjazdy „Śladami kultury”.

Aldona Świdrak
moderator DKK w Piławie Górnej