piątek, 10 lipca 2015

Ciotka Julia i Skryba - popis nieskrępowanej fantazji Llosy

Zanim spróbuję zrecenzować, najlepiej jak potrafię, powieść „Ciotka Julia i Skryba” Mario Vargasa Llosy zacznę od wyjaśnienia, że mimo iż jestem fanem kina, nie było mi dane obejrzeć powstałej w 1990 roku ekranizacji książki, której dotyczy niniejszy tekst. Może i dobrze się stało, bo o ile byłbym w stanie ewentualnie przeżyć w kluczowej roli matriksowego Neo; Keanu Reevesa i prawdopodobnie chętnie obejrzałbym w ważnej choć drugoplanowej roli samego Porucznika Kolombo (oczywiście Peter Falk) to w żaden sposób nie potrafię sobie wyobrazić przeniesienia akcji tej tak bardzo „latyno” powieści z Ameryki Południowej do Północnej, a konkretnie do Stanów Zjednoczonych tego kontynentu. To musi być totalne nieporozumienie!

Wróćmy jednak do słowa drukowanego i poznajmy najważniejsze postacie naszej lektury. Na początek jeden z duetów tak zwanego dalszego planu – Genarowie, czyli właściciele rozgłośni radiowej, w której pracuje, a raczej... stara się pracować główny bohater. Stara się, no bo czy można na poważnie zajmować się „wyławianiem i poddawaniem lekkim zabiegom kosmetycznym interesujących wiadomości z codziennej prasy” gdy wokół ma miejsce tyle arcyciekawych zdarzeń?! Obok wymienionych braci trafiamy na ulicy Belen w Limie na inne... kurioza. Na przykład niejaki Pascual, którego ulubionym zajęciem jest wyszukiwanie i umieszczanie w serwisie informacyjnym możliwie największej ilości, najbardziej sensacyjnych, a co najważniejsze; krwawych i katastroficznych newsów. Jednak zdecydowanie ważniejszą, pod każdym względem, i także super ekscentryczną postacią jest tytułowy skryba - Pedro Camacho. Oj, udało się to... indywiduum jego twórcy. Przyznam, że dawno nie znalazłem w literaturze takiego nagromadzenia wszelkich możliwych dziwactw w jednej osobie. I co zastanawiające, mimo wszystko szalony autor zakręconych „radio-nowel” wzbudził moją sympatię i spore zainteresowanie. Poza sprawami zawodowymi (wymieniłem zaledwie szefostwo, oraz dwójkę z całej plejady interesujących współpracowników naszego bohatera) równie istotne w powieści są jego układy rodzinne. Pominę przebywających poza granicami rodziców i w skrócie zaprezentuję krewnych zamieszkałych we wspomnianej Limie, wśród których obok licznych ciotek (np. Laury, Hortensji czy Gaby), wujów (np. Lucho lub Pankracy) oraz „dziadków”, z pewnością do najistotniejszych krewniaczek należy kuzynka Nancy. Jej charakterystyczna szczupłość oraz inne niezaprzeczalne plusy wzbudzają płomienne (i nieodwzajemnione niestety) uczucia kolejnej postaci, już nie związanej koneksjami rodzinnymi z głównym bohaterem. Jednak Javier, bo o nim mowa, to autentyczny przyjaciel, o którym należy z pewnością wspomnieć. Pozostała już więc tylko jedna osoba do przedstawienia; to tytułowa (obok wspomnianego skryby) o kilkanaście lat starsza od naszego zucha, ledwo co rozwiedziona i dopiero co przybyła do stolicy Peru; Ciotka Julia. Kończąc tą skróconą listę, muszę jeszcze oczywiście wrócić do wspominanego już parokrotnie głównego bohatera. Nazywa się Mario Varguitas, jest studentem, a poznajemy go w wieku, który daje mu uprawnienia do starania się o dowód osobisty. Przynajmniej w kraju nad Wisłą.

W tym właśnie miejscu zmagam się z pewnym dylematem. Otóż, jeśli jeszcze choć w niewielkim stopniu zdradzę dalej o czym jest ta książka, to bezpowrotnie zabiorę Państwu przyjemność samodzielnego odkrycia jej tajemnicy. Intrygującej i niebanalnej tajemnicy. Może więc najlepszym sposobem zachęty, bez wchodzenia w szczegóły, będzie jedynie ogólne oddanie specyficznego klimatu, wielowątkowego dzieła Mario Vargasa Lllosy. Z pewnością jest to lektura dla wszystkich posiadających słabość do kultury południa, a konkretnie do kultury krajów, w których dominuje język hiszpański i wszelkie jego pochodne, gdyż czterysta stron twórczości niedoszłego prezydenta Peru (tak, tak) przepełnione jest duchem tego charakterystycznego regionu. Nawet jeśli jest to obraz nieco podkolorowany, to kapitalnie przedstawia przebogaty kalejdoskop intrygujących mieszkańców Ameryki Południowej. Uprzedzam; mnogość opisów może nawet miejscami przytłaczać, ale (proszę mi uwierzyć na „pisane” słowo) po dobrnięciu do zakończenia, nagle... zaczyna nam czegoś brakować. Bierze się to głównie z niebywałej umiejętności autora, który malutkimi kroczkami wprowadza nas w życie, problemy i radości Maria, jego znajomych, współpracowników i rodziny. Szczerze podziwiać należy kunszt twórcy w powoływaniu do życia krótkich, ale spójnych historyjek, z których każda z osobna, z powodzeniem mogłaby stanowić kanwę osobnego tomiku. „Ciotka...” to także pozbawiona banalności, podana ze smakiem historia, jakże często spotykanego również w naszej literaturze (np. „Madame” Antoniego Libery) uczucia chłopca do sporo starszej, a dodatkowo spokrewnionej z nim kobiety. Ta „trudna” miłość nie jest w tej książce, co chwalebne, sprowadzona jedynie do tak nośnego pierwiastka fizyczności. Osobiście nie mam nic przeciwko erotyce, jednak obawiam się, że wprowadzenie tego wątku spłyciłoby raczej koncepcję powieści Llossy. Ostatni motyw książki Peruwiańczyka z hiszpańskim obywatelstwem, któremu chciałbym poświęcić parę słów to dojrzewanie. Podobnie jak miłość, także ten aspekt przebiega w powieści nietypowo, gdyż Mario poniekąd na swoje własne życzenie zmuszony jest do ekspresowego niemalże przejścia z wieku młodzieńczego (lub wręcz dzieciństwa) w dorosłość. Jak mu się to udaje, jak radzi sobie z własnymi próbami literackimi, jak rozkwita i czy kończy się romans z „cioteczką”, a także jak rozwija się specyficzna przyjaźń z równie osobliwym, co popularnym pisarzem Camacho oraz całe mnóstwo innych, wspaniale opowiedzianych historyjek znajdziecie Państwo w dziele (może nie wybitnym, ale z pewnością zajmującym) człowieka, którego ojciec onegdaj wysłał do szkoły wojskowej, chcąc w ten sposób ostudzić jego pisarskie zapędy. Zamiar ten nie udało mu się zupełnie, o czym można się przekonać czytając chociażby „Ciotkę Julię i Skrybę”, która jest przede wszystkim popisem nieskrępowanej fantazji Llosy. Pisarz, wiele lat temu stwierdził iż „Bez fantazji życie byłoby rutyną, zamknęlibyśmy się w przeciętności, sprowadzilibyśmy egzystencję do zwierzęcych instynktów. Fantazja to paliwo dla naszych marzeń”. Nic dodać, nic ująć.

P.S. Jako ciekawe uzupełnienie lektury polecam twórczość argentyńskiego pieśniarza Facundo Cabrala, który bez najmniejszych problemów mógłby stać się kolejną postacią w opisanej powieści.

Arkadiusz Kowalski
klubowicz z DKK w Bolesławcu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz