poniedziałek, 2 września 2013

Magnolia to powieść o zmianach - o zakrętach, zwrotnicach i stacjach na trasie pociągu Życie

Magnolia
Grażyna Jeromin-Gałuszka


Filipa Spalskiego poznajemy w momen-cie, w którym umiera - może nie do końca literalnie, ale do tego też mu wiele nie brakuje. Jest to mężczyzna u granicy wieku średniego, wciąż pełen sił, ale bez tej młodzieńczej werwy. Krótko mówiąc: zwykły, stateczny Polak z trochę wyższym stanem konta. Czemu więc umiera?
Otóż Filip właśnie zakończył swoją karie-rę pilota, choć nie miał na to najmniej-szej ochoty. Stratę ukochanej pracy może jeszcze by przebolał z pomocą żony, ale kiedy wrócił do domu, żeby jej o tym opowiedzieć – i żeby osłodziła mu tą przykrą wiadomość – minął się z nią w drzwiach. Z nią i jej rzeczami oraz wszystkim tym, czym zawsze dla niego była: miłością, otuchą, ostoją, domem... Stwierdzając, że znudziło jej się ich nudne, poukładane, stateczne życie i potrzebuje chaosu – kobieta, do której przez osiemnaście lat wracał z drugiego krańca świata, po prostu od niego odeszła.
W tym momencie kończy się życie Filipa – a przynajmniej jedyne, które dotąd znał. Były pilot, a obecny życiowy bankrut, sprzedaje drogi apartament z równie drogim wyposażeniem, porzuca lśniące czystością garnitury i krawaty, i wyrusza w drogę, jadąc, póki ta się nie kończy.
Ten motyw chyba wszystkim jest dobrze znany. Główny bohater, zraniony, w pewnym sensie złamany, pędzi przed siebie, zostawiając za plecami wszystko, czego już nie chce lub nie ma. Ale uciekając z jednego świata musimy liczyć się z tym, że czeka na nas milion innych i któryś z nich będziemy musieli wybrać – choćby po to, żeby przetrwać. Filip nie ma takich rozterek, bo jego nowy świat po prostu na niego czeka. Właśnie tam, na końcu drogi i świata, po środku niczego (a raczej starej stacji kolejowej), w postaci pewnego mężczyzny, którego życie poharatało wcale nie mniej. To właśnie on proponuje Filipowi Spalskiemu, byłemu światowcowi, kupno niewielkiej knajpy z hotelikiem na odludziu, tytułowej Magnolii.
A on – no, cóż – nie ma nic do stracenia.
Grażyna Jeromin-Gałuszka z właściwą sobie manierą otwiera przed nami drzwi tego niezbyt luksusowego hoteliku, wprowadzając zarówno nas, czytelników, jak i samego Filipa w pełen niespodzianek i wariacji świat czterech niesamowitych kobiet, jednego przemądrzałego dzieciaka i absurdalnie paskudnego psa. Czesia, Marlena, Doris i Olga, każda jakby z innej parafii, są dokładnie takie, jak wszystkie postacie, które ożywają pod piórem tej autorki – żywe, barwne, ciekawe, mają swoje dziwactwa i tajemnice, a jednak... Jednak to jedynie zwykłe kobiety, z którymi możemy się utożsamiać. Wszystkie cztery, choć notabene każda na inny sposób, po prostu próbują radzić sobie z rzeczywistością, do której trafiły, którą już zdążyły poznać, i z którą już się pogodziły. Robią to jednak tak, że nie ma sposobu, by komuś się znudziło czytanie o ich poczynaniach.
Magnolia to książka napisana prozą życia i od samej historii nie idzie się tak po prostu oderwać. Jest to powieść o zmianach - o zakrętach, zwrotnicach i stacjach na trasie pociągu Życie. O traceniu i zyskiwaniu; o tym, że kiedy coś się kończy, to coś musi się zacząć. Wreszcie: o akceptacji swojego losu. I choć nie powiem, że każdy natrafi w Magnolii na coś dla siebie, bo jednak nie wszyscy lubią powieści stricte obyczajowe, gorąco ją polecam. Znajdziemy w niej humor przepleciony z masą wzruszeń, kilka dobrych rad, trochę miłości, mnóstwo ciepła i siły. A dodatkowe wątki – jak opowieść Tuśki, towarzysząca czytelnikowi i bohaterom praktycznie od samego początku – dodają jedynie całej historii smaku, wprowadzając również lekkie wrażenie chaosu. Jednak, pomimo niego, autorka stanęła na wysokości zadania i płynnie poprowadziła historię ku końcowi. A on, gwarantuję, zaskoczy, wprowadzi w osłupienie i pozostanie w pamięci na bardzo długo. Bo jeśli jest coś, czym pani Jeronim-Gałuszka ujęła mnie za serce, to właśnie te niebanalne i niespodziewane zakończenia.
Książka jednak, choć wciąż nie mogę przestać się nią zachwycać, ma swoje minusy. A raczej jej oprawa, bo językowi i treści (poza kilkoma niedo-patrzeniami redaktora, jeśli chodzi o interpunkcję) nic do zarzucenia nie mam. Błąd ten, jak zauważyłam, wydawnictwo Prószyński i S-ka popełnia permanentnie, co niestety ma wpływ na wyniki sprzedaży wielu interesu-jących pozycji.
Otóż, choć znane wszystkim przysłowie mówi, aby tego nie robić, ludzie bardzo często oceniają książkę po okładce. Kiedy jesteśmy w księgarni czy bibliotece i otacza nas multum pozycji z mniej lub bardziej interesującymi oprawami – oczywiście najpierw sięgamy po te drugie. Kiedy coś jest ładne, to się wyróżnia w tłumie, ciekawi, i o wiele chętniej bierzemy to do ręki. A okładka Magnolii, nad czym bardzo ubolewam, jest po prostu nijaka. Zdjęcie, które niewiele się ima do samej treści, może poza tym, że było zrobione w Bieszczadach, dodatkowo oszpecone przejściem w jakiś ni to blady róż, ni to delikatny oranż, ni ecru, skutecznie odstrasza. Chociaż raczej: zdjęcie ginie w tłumie, to ten rzucony jakoś tak po środku i niedbale tytuł przegania ewentualnych czytelników.
Kiedy biorę jakąś książkę do ręki dużą wagę przywiązuję też do jej ciężaru, czcionki i papieru, z jakiego ją wykonano. Ciężkie książki z białego, często śliskiego i błyszczącego papieru męczą nie tylko rękę, ale i wzrok, z kolei małe litery są wyzwaniem dla osób starszych. Na szczęście format Magnolii jest przystępny, ciężar niewielki, czcionkę ma średnią, choć większą, niż potrzeba, a papier - czerpany. Szkoda jedynie, że książka jest klejona, czyli jej grzbiet z łatwością może się połamać.

Karolina Basak (16 lat)
DKK w Sułowie

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz