czwartek, 21 listopada 2013

Człowiek – to brzmi strasznie

Kultura europejska, czyli krąg cywilizacji śródziemnomorskiej, przyzwyczaiła nas do pozytywnego myślenia o nas samych. Starożytni filozofowie sławili zalety ludz-kiego umysłu, idealizując także piękno silnego, proporcjonalnie zbudowanego męskiego ciała. Renesansowi humaniści odtworzyli te ideały, łącząc je harmonij-nie z chrześcijańską koncepcją istoty ludzkiej (godność człowieka, wolność i niezależność w zakresie kształtowania własnego losu). Średniowiecze to czas ascezy i pogardy dla fizyczności ludzkiej, ale jednocześnie okres wielkiego rozwo-ju sfery duchowej i szacunku dla człowieka jako istoty obdarzonej duszą – znakiem boskości. To także okres lanso-wania poglądu, że zło jako byt absolutny nie istnieje. Jest ono wyłącznie brakiem dobra, zatem łatwo je wyeliminować (święty Augustyn). Na przestrzeni wieków wiara we wrodzoną dobroć człowieka zdominowała inne, bardziej naturalistyczne, sposoby myślenia o naturze ludzkiej (pozytywiści, materialiści, relatywiści itp.). A jak jest dzisiaj? Myślę ze smutkiem, że niezbyt dobrze, co widać po zdewastowanym w wielu miejscach środowisku naturalnym, okrutnym traktowaniu zwierząt i wzrastającym zamiłowaniu do niczym nieograniczonej konsumpcji. Czyżbyśmy więc rodzili się naznaczeni pierwiastkiem zła?
Ponieważ problem ów od dawna mnie nurtował, z tym większą ciekawością sięgnęłam po grubą księgę autorstwa znakomitego psychologa – Philipa Zimbardo, który większość swojego naukowego życia poświęcił zagadnieniu zła, badając jego wpływ na jednostkę ludzką, przypatrując się sytuacjom sprzyjającym wyzwalaniu u ludzi złych instynktów oraz szukając sposobów sprzeciwiania się różnym negatywnym wpływom.
Omawiana pozycja stanowi znakomite kompendium wiedzy na temat wszelakich okropieństw, jakich może dopuścić się człowiek. I to nie jednostka patologiczna czy zdemoralizowana, jak większość z nas prawdopodobnie myśli. Otóż Zimbardo w sposób niebudzący wątpliwości wykazuje, że do najbardziej odrażających moralnie czynów można skłonić osoby porządne, dobre i stateczne, które w swoich środowiskach cieszą się poważaniem. Jak to zrobić? Bardzo prosto. Wystarczy stworzyć sytuację, która oddziałuje na ludzką naturę w ten sposób, że podważa poczucie bezpieczeństwa, narusza system wartości i rozrywa to, co dotąd było dla kogoś podstawą i sensem egzystencji. Następnie trzeba narzucić ludziom określone role do odegrania, powołując się na jakiś autorytet, zrobić pranie mózgu, czyli wmówić nowy system wartości, najczęściej oparty na sile  i tak oto efekt „przemiany charakteru” dokonał się. Słynny eksperyment więzienny – pomysł samego Zimbardo i jego współpracowników – jest tego dowodem. Biorący w nim udział studenci - specjalnie wyselekcjonowani spośród grona najlepszych – tak szybko weszli w swoje role, przestając odróżniać życie prawdziwe od fikcyjnego, że doświadczenie musiało zostać przerwane z obawy o ich bezpieczeństwo. Wniosek nasuwa się sam: Kiedy odgrywane przez nas role stają się rzeczywistością, kiedy na przykład mamy pracę polegającą na kontrolowaniu innych, wówczas, jeśli nie wypracujemy w sobie  koniecznego dystansu, zmieniamy się. Nasza zwyczajność i codzienne „ja” gdzieś znikają, a  ich miejsce zajmuje osoba „urzędowa”, czyli oficjalna, nieprzystępna i bezwzględna. Dowodem na to niech będą słowa jednego ze strażników w eksperymencie więziennym:
Naprawdę, gdy wkładasz mundur khaki, zakładasz okulary, bierzesz pałkę i grasz swoją rolę, stajesz się tą osobą. To twój kostium i kiedy go nosisz, musisz zachowywać się zgodnie z nim.
A gdzie jest poczucie odpowiedzialności? Otóż problem polega na tym, że sprawcy większości złych czynów zawsze powołują się na jakieś „reguły”. Mówią na przykład, że nie działali z inicjatywy własnej, lecz wykonywali rozkazy lub że po prostu spełniali obowiązek narzucony im przez „szefów” albo twierdzą, że ich działania były niezbędne dla zachowania „porządku”. Ciekawy i przerażający jednocześnie jest fakt, że wszyscy sprawcy zła na większą skalę, patrzą na swoje ofiary jak na istoty niższe, pozbawione wartości. Zimbardo pokazuje więc, że pierwszym krokiem na drodze krzywdzenia drugiego człowieka jest myśl, która go poniża, np. czarnuch, żółtek, brudas itp. Takie określenia należy wyrzucać z głowy natychmiast po ich pojawieniu się, aby nie zdążyły się w niej zagnieździć. Zimardo mówi dobitnie: Skutecznie unikać, zapobiegać, sprzeciwiać się takim negatywnym wpływom sytuacyjnym możemy tylko wówczas, gdy zdamy sobie sprawę z ich potencjalnej mocy ”zainfekowania nas”, tak jak zaraziły one inne osoby znajdujące się pod ich działaniem.
Wnioski nasuwają się same: Kiedy oceniamy przyczyny dziwnych, niezwyczajnych lub złych czynów ludzkich, nie możemy przypisywać całej odpowiedzialności za nie konkretnym osobom. Zawsze trzeba przeanalizować kontekst sytuacyjny, w jakim człowiek działał, pamiętając, że okoliczności wydarzeń stanowią silne determinanty ludzkich działań. Zatem, jeśli zależy nam, aby w naszym otoczeniu rodzinnym, szkolnym, zawodowym czy towarzyskim, ludzie mieli do siebie przyjazne nastawienie i chcieli wspólnie działać dla ogólnego dobra, musimy robić wszystko, aby stwarzać im jak największe poczucie bezpieczeństwa emocjonalnego i dbać o to, aby mieli poczucie osobistego wpływu na rozwój wydarzeń, gdyż tylko człowiek pozytywnie nastawiony i przekonany o słuszności swoich działań, a przy tym mający możliwość wykazania się inicjatywą, nie jest podatny na negatywne wpływy z zewnątrz.

Zuzanna Mróz
klubowiczka z DKK w Bolesławcu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz