poniedziałek, 8 maja 2017

O Trymandzie opowiadał Marcel Woźniak

fot. Monika Dykier
Słuchając Marcela Woźniaka, autora biografii Leopolda Tyrmanda, książki zatytułowanej “Moja śmierć będzie taka jak moje życie” uzmysławiam sobie przede wszystkim fakt niezwykłej przygody jaką dane było przeżyć temu, który zadał sobie trud odtwarzania ścieżek życia twórcy “Złego”. Marcel zainteresował się Tyrmandem sprowokowany przez wykładowcę uniwersyteckiego. Wcześniej o autorze bestsellera wydawniczego lat pięćdziesiątych nie wiedział nic. Dzieliło go od niego kilka pokoleń i kilka dekad kulturowych. Marcel znalazł w sobie chęć do wszczęcia detektywistyczno-dziennikarskich badań nad kolejami życia i twórczości postaci, która pozostawiła po sobie i o sobie w masowej świadomości kilka stereotypowych opisów, kilka schematycznych charakterystyk, kilka sloganów.

Spotkanie z Marcelem Woźniakiem zorganizowano w Bibliotece Publicznej im. Jarosława Iwaszkiewicza w Obornikach Śląskich. Na spotkanie przychodzę odtwarzając w pamięci lekturę zarówno “Złego” jak i “Dziennika 1954”. Teksty te czytałem wiele lat temu jako ślady po dekadzie lat pięćdziesiątych, nie mojej historii, raczej okresie, na który przypadała pierwsza młodość moich rodziców. Zanim udałem się do biblioteki udało mi się przeczytać część napisanej biografii. W miarę jak Marcel opowiadał o swojej pracy nad książką uświadamiam sobie jak mało tak naprawdę o Tyrmandzie wiedziałem. Ponowne wydanie jego powieści “Zły”, gdzieś na początku lat dziewięćdziesiątych przywróciło na chwilę pamięć o twórcy, który po podjęciu decyzji o emigracji z Polski został skazany na mentalny niebyt w kraju. Wyrzucono z obiegu księgarskiego i bibliotecznego jego książki. ośmieszono w publicystyce i pismach satyrycznych, wreszcie skasowano z pamięci. Przetrwało głównie skojarzenie Tyrmanda z modą i stylem życia lat pięćdziesiątych, z bikiniarzami. W zasadzie to skojarzenie Tyrmand-bikiniarz miało wystarczyć za wszystko w erudycji przeciętnego Polaka.

Książka Woźniaka dostarcza pełnej wiedzy o Tyrmandzie zarówno z okresu jego największej popularności, jak i okresu wcześniejszego, a także z amerykańskiego, ostatniego okresu jego życia. Biograf zadał sobie trud odwiedzenia miejsc, w których archiwa mogły zawierać dokumenty źródłowe (w tym zarówno tych w kraju, jak i na Litwie oraz w Stanach Zjednoczonych). Rozmawiał też z tymi, którzy znali Tyrmanda osobiście, dziś już starszymi osobami.

W trakcie prelekcji krystalizuje się osoba o urozmaiconej biografii, raczej prostolinijna, nie konformistyczna. Tyrmand jawi się jako ktoś wierny samemu sobie, swojej wizji życia i świata, i swojej chęci wyrażania tej wizji. Tak jak potrafił zjednać sympatię i podziw, tak też mocno odrzucony został przez środowisko w momencie, gdy oficjalne przyjaźnienie się z nim zaczynało narażać innych na konflikty o charakterze ideologiczno-politycznym, w komunistyczną władzą. Tyrmand żyje pod prąd. Jako Polak żydowskiego pochodzenia szuka schronienia w trakcie wojny w Niemczech, przyjmując fałszywe dokumenty i zgłaszając się na roboty, bo najbezpieczniejszym miejscem było oko cyklonu. Po wojnie wraca do kraju, który znalazł się w sferze wpływów komunistycznego Związku Radzieckiego. Jest publicystą m. in. w Przekroju i w Tygodniku Powszechnym. To on wymyślił nazwę dla festiwalu Jazz Jamboree w momencie gdy muzykę tą można było już oficjalnie grać. Jest widoczny w środowiskach elit kulturalnych. Jest przez wszystkich aprobowany i pożądany jako kompan. Do czasu. Dziś dostęp do archiwów Instytutu Pamięci Narodowej umożliwia identyfikację towarzystwa Tyrmanda. Poruszające jest to, co w archiwach IPN-u znalazł Marcel Woźniak. Ustalił on, że większość utrwalonych na starych fotografiach znajomych Leopolda Tyrmanda to tajni współpracownicy aparatu ucisku komunistycznej władzy. Z upodobaniem donosili na autora “Złego”. Byli to ludzie kultury, publicyści, dziennikarze. Tyrmand nie wiedział o tym, kto na niego donosi i nigdy się nie dowiedział. Mógł się domyślać jedynie. Mógł czuć jak psuje się wokół niego atmosfera. Doprowadziło to w konsekwencji do decyzji o emigrowaniu z kraju. Zostawia wszystko. W wieku 45 lat wyjeżdża po to, aby zacząć życie na nowo. Zaczyna na amerykańskim kontynencie i znowu udaje mu się. Podczas gdy w kraju jest albo przedmiotem kpin, albo panuje wokół jego osoby zmowa milczenia tam, w Nowym Jorku, jeszcze raz udaje mu się zabłysnąć jako znany i czytany publicysta. O tym wszystkim opowiadał Marcel Woźniak na spotkaniu z okazji wydanej biografii. Po szczegóły warto zajrzeć do napisanej przez niego książki. Jego pasja do dziennikarskiego odtwarzania kultowej postaci lat pięćdziesiątych budzi podziw. Nie ma żadnych punktów stycznych między życiem Tyrmanda a życiem jego biografa. A jednak dzięki systematycznej i drobiazgowej pracy udaje się zebrać materiał i stworzyć książkę, której lektura wciąga. Styl opowiadania nie przeciążony paradygmatami naukowego opisu wciąga. Chce się czytać kolejne strony, kolejne rozdziały. Dla Marcela Woźniaka spotkanie z Tyrmandem było na pewno dużą przygodą. Przygodą, której można pozazdrościć. Przygodą, w której można uczestniczyć, czytając...

fot. Miłosz Rosiak
fot. Monika Dykier


Paweł Dąbrowski
DKK Obornik Śląskie

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz